Sesja coachingowa: 60 minut, które nic nie zmienia
Siadasz na sesji. Masz 60 minut. Opowiadasz o tym, co Cię gryzie, odpowiadasz na pytania, czasem milczysz niezręcznie długo. I potem… spotkanie się kończy. I nic
Żadnego olśnienia. Żadnego „eureka!”. Nie czujesz się jak nowy człowiek. Nie masz gotowego planu na następne 10 lat życia wypisanego punktami. Wracasz do domu, robisz herbatę, dzień jak co dzień.
Czy to znaczy, że to nie działa?
Nie do końca…
Bo zmiana to nie fajerwerki
Jasne, że super by było, gdyby to działało jak taka magiczna pigułka – połknąć, obudzić się i hop, jesteś kimś innym. Nowe życie, nowy Ty, nowy start.
Prawda jest mniej efektowna i… dużo bardziej realna.
Zmiana to nie moment. To proces. Powolny. Czasem frustrująco powolny. I na pewno nie spektakularny. To raczej tak: schodzisz z sesji i przez tydzień jakby nic. Ale potem, w kolejce do kasy w Biedronce, łapiesz się na myśli, której wcześniej nie było. Albo w rozmowie ze znajomą reagujesz inaczej niż zwykle – i dopiero po fakcie zauważasz, że coś się przesunęło.
Małe rzeczy. Mikro-zmiany, które dopiero po czasie układają się w całość.
Czego naprawdę oczekujemy?
Chyba wszyscy trochę chcemy magii. Chcemy, żeby ktoś zadał nam to jedno, genialne pytanie, po którym wszystko stanie się jasne. Żeby po sesji wyjść z gotowym planem, z odpowiedzią na to „co dalej?”, z poczuciem, że teraz już wiem, a jeszcze lepiej z pewnością, że się uda.
I czasem – rzadko, ale bywa – faktycznie przychodzi taki moment. Coś klika, coś się otwiera. Ale to nie jest standard. I co ważniejsze: to nie jest cel.
Najprościej mówiąc – rozmową, która zmienia perspektywę.
To co się właściwie dzieje na tej sesji?
W praktyce? Gadamy.
Czasem dużo, czasem mało. Czasem siedzisz i milczysz, a ja milczę razem z Tobą, bo wiem, że tam, w tej ciszy, coś się dzieje – nawet jeśli nie widać tego gołym okiem.
Dostajesz pytania.
Niektóre proste, niektóre dziwnie niewygodne. Takie, od których chce się uciec, zmienić temat, powiedzieć „nie wiem”.
I wiesz co? „nie wiem” jest ok.
To nie słabość. To punkt startu. Za tym „nie wiem” jest po prostu coś, czego jeszcze nie widzisz.
A po sesji?
Po sesji wracasz do swojego życia. Do tych samych spraw, ludzi, obowiązków. Tylko że… coś tam w środku delikatnie drgnęło. Może jeszcze trudno to nazwać, może jeszcze nie wiadomo co z tym zrobić.
Ale zaczyna się coś budować. Powoli. Czasem przez tygodnie, czasem przez miesiące. I pewnego dnia okazuje się, że ta decyzja, ta postawiona granica, ta rozmowa, którą w końcu udało się odbyć – to wszystko wyrosło z tych „60 minut, które nic nie zmieniły”.
Bo one nie miały zmienić Twojego życia w jednej chwili.
Miały dać Ci przestrzeń i gotowość do zmiany – stopniowo, po swojemu, we własnym tempie.
Więc nie, sesja coachingowa magicznie nie zmieni Twojego życia.
Ale może dać Ci to, czego potrzebujesz, żeby zacząć je zmieniać samemu.
Komentarze
Podobne artykuły
Co się dzieje, gdy nic się nie dzieje?
Siedzisz na sesji. Padło pyta…
Dlaczego nie powiem ci, co zrobić? (choć mogłabym)
Nie zliczę ile razy na sesji …
Odczarować Coaching
„O matko, teraz to straciłe…

Dodaj komentarz